Fatalny dzień w szkole


Miałam pisać post o rodzinie królewskiej na lekcji angielskiego - już praktycznie jest gotowy - ale dziś muszę wylać frustrację spowodowaną moja pracą i ogólnie sytuacją.

Bardzo lubię moją pracę, mimo że w kategoriach finansowych jest to niemal wolontariat. Coś za coś - mam dużo czasu dla siebie, rodziny. Choc wiem, że większość z Was się nie zgodzi, krzycząc, że przecież robimy ponad 40h na tydzień. Cóż, ja nie pracuję tyle. Nie mam teraz wychowawstwa, ale nawet jak miałam, to średnio zamykałam sie w 25-30h tygodniowo (w tym 18 pensum). Wiadomo, że we wrześniu czy czerwcu, czy na koniec semestru bywało gorąco i jak są rady, to dzień pracy wynosi i 10h albo i więcej, ale to jest raz na jakis czas - do przeżycia. Bardzo lubię uczyć, lubie też niektóre papiery, np. prowadzenie dziennika - w lutym ma wejść u nas elektroniczny i będzie mi brakować papierowego, zliczania frekwencji, wypełniania starannie piórem itd. Inne papiery mnie drażnią, ale olewam i robię swoje. Niektórzy uczniowie doprowadzają mnie do szału, ale większość jest fajna. Więc ogólnie plusy przeważają.

.
.
.
.
.
.
.

ALE NIE DZIŚ. 

1. Będę nauczycielĘ roku. mam już w aktach 6 uwag. A za co? Dwie za to, że olałam papierologię, mam gdzieś rozkłady materiału i zalegam z nimi, tzn. są prawie wszystkie gotowe, ale zapomniałam dać dyrekcji do podbicia. A 4 za brak 4 tematów w dzienniku 7c. Biję się w piersi. Wiem, że to moja wina. Nie będę się usprawiedliwiać. Ale podam okoliczności łagodzące -  7 klasa na angielskim u mnie to dzieci, które mają wiodący niemiecki - z wszystkich trzech siódmych zebrano i wszystkie wrzucono jako grupę (22 osoby) do mnie na lekcję. Nie zmienia to faktu, że to są dzieciory z 7a,b,c, więc mam 3 dzienniki na lekcji do uzupełnienia (nie mamy elektronicznego), co oczywiście olewam ciepłym moczem; nie będę trwonić cennych minut na jakąś papierologię. Więc uzupełniam jak sobie przypomnę przed / po lekcjach albo mi wychowawca przypomni. A po drugie mam z tą siódmą klasą lekcje w piwnicy - jesteśmy tam jedyni - wszyscy z klas 4-8 są na TRZECIM piętrze - dzieci nie moga nosić dzienników ----> rodo ----> żaden nauczyciel nie przeleci przez 4 piętra do mnie z dziennikiem - nie mam nawet tych dzienników fizycznie na lekcji. A jak bym je miała, to olewam papiery i tak. 
2. Jak pracuję ponad 10 lat, tak nigdy nie miałam sytuacji, żebym nie mogła opanować klasy. Zawsze się udawało, czasem z problemami, ale zwykle radzę sobie. TADAM. Dziś pierwszy raz się nie udało. I to nie w 7,8 klasie. Tam idzie bez problemu. Nie. Nie udało mi się zapanować nad uczniami z klasy 3. !!!! Tak. Nie piszcie mi, że na każdego jest hak itd. Mnie uczniowie nie wchodzą na głowę, ale tym razem się nie dało. Docinki, komentarze, wygłupy. Uczyłam ich jeszcze przed ciążą - 1 klasa to była - i już wtedy byli walnięci nieziemsko. Dość powiedzieć, że na 15 osób aż 12 ma opinie, orzeczenia, dostosowania. To jest tzw. pusty rocznik, który powstał po wprowadzonym przez PO obowiązku szkolnym dla sześciolatków, zniesionym potem przez PIS. Wtedy w roku 2016/17 nie było siedmiolatków, bo poszły jako sześciolatki rok wczesniej obowiązkowo do 1 klasy. A te co nie poszły, to były odroczeńce, wiadomo, ze mało kiedy się odracza zerówkowiczów, a jeśli już, no to naprawdę musi być fatalnie. Takich jest w tej klasie 4. 11 pozostałe to dzieci, które nie otrzymały promocji z wczesniejszych klas - mam np. 3 osoby, które juz powinny być w 5 klasie, 3 z 4 itd. Wspaniały mix. Zgłaszam sytuację wychowawcy, dyrekcji - wszyscy rozkładają ręce - taka klasa. Nikt nie pomoże. Rodzice roszczeniowi, oczywiście ich dzieci to anioły itd. I co najlepsze, to chyba będzie klasa, którą obejmę jako wychowawca za rok. Nie ma bata, idę na zdrowotny wtedy. Nie udało mi się przeprowadzic lekcji, no dacie wiarę?????
3. Zapodziałam gdzieś jeden z moich rozkładow materiału, czyli szykuje się siódmy wpis do akt. Przeszukałam wszystko. Nie ma. 
4. Przygotowałam sobie drugie śniadanie do pracy. Słoik, a w nim warstwami: płatki pszenne, jogurt naturalny, maliny, płatki kukurydziane, jagody, serek waniliowy. W słoiku, bo gdzieś w domu zniknęły wszystkie przykrywki od pojemników z Ikei. Nie było kiedy na przerwie zjeść. Na przedostatniej lekcji rzuciłam plecakiem na ziemię (chodze czasem z plecakiem do szkoły) - BRZDĘK. Ale nie skojarzyłam. Po lekcji otwieram plecak, chcę zjeść moje śniadanie. CIACH - łapa rozcięta o szkło. Wszystko w plecaku tonie w jogurcie, serku, malinach, jagodach, płatkach. Nie mogę zjeść, umieram z głodu.
5. Jutro Dzień Języków, dużo do ogarnięcia. Nie mogę wyjść z pracy o ludzkiej porze odebrać dziecko ze żłobka, a starszego z przedszkola. Wychodzę w końcu godzinę po skończonych lekcjach. Oczywiście lekko nie może być. Nie da się wyjechać spod szkoły, korek - ktoś tam dachował, straże, policje, karetki (w sumie ten ktoś miał gorszy dzień niż ja).



Cały czas sobie powtarzam, że lubię tę pracę i że jeszcze tylko 9 mcy. 





Komentarze

  1. Jak dobrze znam to uczucie... Mimo, że uczę maluchy to czasami po prostu ręce opadają z bezsilności. Dużo cierpliwości życzę! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu,
    Uwielbiam Twojego bloga! i Twoje cięte riposty!
    Uczę od 5 lat i borykam się z bardzo podobnymi problemami, co do tych trzecich klas to prawda, u nas też jest taka klasa, o zgrozo.
    Pamiętaj, że w przyrodzie po niżu - wyż przychodzi!
    Pozdrawiam cieplutko,
    Natalia:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

RECOMMENDED FOR YOUR PLEASURE