Muszę coś ze sobą zrobić







Jak tam Wasz angielski? To pytanie pojawiało się już kilka razy na blogu. Jednak wraca jak bumerang, gdyż czuję wiecznie, że mój niestety nie jest na takim poziomie, na jakim bym chciała. Nie żeby kiedykolwiek był. Odkąd sięgam pamięcią, wiecznie miałam kompleks, że mój angielski jest na kiepskim poziomie, a wszyscy wokół umieją płynniej, szybciej, bardziej wyrafinowanie i z lepszym akcentem. Również, gdy zdałam maturę na 4 i 5 w tych zamierzchłych czasach, gdy jeszcze z matury były oceny, a nie %. I wtedy, gdy dostałam się na anglistykę z 7 miejscem na kilkaset (ale żeby nie zabrzmiało nieskromnie, na 7 miejsce wystarczyło mieć 37 pkt na 100 - taki to był hardcorowy egzamin wstępny; myślę, że dziś napisałabym gorzej. A może nie?) i też wtedy, gdy na wszystkich moich trzech studiach dostawałam stypendium za wyniki w nauce. Jakoś w tej dziedzinie kompletnie mi brak wiary w siebie. 

Biorę czasem testy z olimpiady Krzyżanowskiego, których poziom jest dla mnie właśnie ideałem, który chciałabym osiągnąć: ot wziąć i machnąć kilka z palcem w nosie na 90 choćby procent - oczywiście nigdy tego wyniku nie osiągam. Chciałabym poznać licealistę, który wygrał olimpiadę - znacie takiego? Po jednym small talku zapadłabym się pewnie pod ziemię ze wstydu, że mam mgr filologii, a tu osoba bez matury umie tak śmigać, jak ja zapewne nigdy. 

Ale nie wpadam w marazm i stagnację - co kilka miesięcy mam zryw i robię coś, by poprawić stan rzeczy. Obecny zryw trwa mniej więcej od listopada, jest więc to jak na mnie i mój słomiany zapał długo. Ale to tylko dlatego, że nie pracuję i naprawdę ciężko mi spojrzeć wieczorem w lustro i znaleźć wymówkę pt. jestem taka zmęczona po pracy (co prawda jestem jeszcze bardziej bez sił życiowych po zajmowaniu się niemowlakiem, no ale jednak "siedzę w domu" i "mam urlop"). 

Na Nauczycielach Angielskiego na fb zrobiłam rekonesans i wybrałam książkę, którą zawsze chciałam mieć. Wiedziałam, że jak kupię nową książkę, to mnie to zmotywuje choć na chwilę. Mam co prawda w domu z kilkadziesiąt innych nigdy nie zrobionych do końca, ale już mi się opatrzyły, a chciałam coś nowego. 

Wybór mój padł na Destination C1&C2. Czy Wy też tak macie, że nie potraficie się uczyć z książek w pdf? Muszę mieć książkę papierową, po której mogę pisać i kreślać. Nie mam nic przeciwko technologii i nowoczesnej nauce z podcastami itp. ale książka to książka. Choć ta, na którą się zdecydowałam, od paru lat zalega u mnie na chomiku w pdf (może nie powinnam się przyznawać?), to w takiej formie nie zachęcała mnie wcale do nauki. 

Robię ją więc od listopada powolutku, swoim tempem, tzn. codziennie ok. 20 minut. Gdy były ferie, zrobiłam sobie 2 tygodnie przerwy, żeby zwoje mózgowe odpoczęły. Zaczęłam drugą połowę, tzn jestem w 14 unicie, a jest ich 26. 

Mogę więc o niej już co nieco powiedzieć.

Zalety

+ fajny papier
+ dużo bogatego słownictwa
+ jasno objaśniona gramatyka
+ czytelny układ: unity ze słownictwem przeplatają się z gramatyką; co 2 unity powtórka
+ DUŻO powtórek - poza unitem powtórzeniowym co każde 2 zwykłe unity, są też testy co 4 unity i po 12 oraz 26.
+ przydatny słowniczek z tyłu, objaśnienia klarowne
+ ćwiczenia różnorodne w obrębie unitu, choć znajdziemy ten sam typ ćwiczeń w każdym unicie
+ część ćwiczeń ma formę spotykaną na egzaminach Cambridge, są np. trios, które wiem, że już zostały usunięte z CPE, ale ja je uwielbiam!!
+ po przerobieniu Virginii Evans i jej wszelkich gramatyk począwszy od Enterprisów poprzez FCE aż do CPE byłam pewna, że już wiem prawie wszystko. Okazało się, że Destination zawiera to 'prawie', którego nie znam, co mnie bardzo ucieszyło. Lubię uczyć się nowych rzeczy. 


Wady

- właściwie widzę tylko jedną i w sumie wada ta nie ma większego znaczenia: nie ma obrazków :( jest sam tekst. Ja jednak lubię nawet proste grafiki, takie np. jak u Vince'a
- dużą wadę widzę, jeśliby trzeba się było uczyć tego wszystkiego na pamięć - materiał leksykalny jest przebogaty. Ja postanowiłam potraktować książkę jako zbiór łamigłówek i po prostu ćwiczyć i rozwiązywać bez zbędnego pochylania się nad nowym słownictwem i wracania do niego w czasie późniejszym. Zapewne część z was uzna, że to w takim razie strata czasu i marnowanie go, ale cóż - mnie tak wygodnie. Poczucie obowiązku i konieczność wkuwania tego wszystkiego niechybnie by mnie zniechęciły do jakiejkolwiek pracy. Liczę, być może naiwnie na to, że kiedyś gdzieś w innej książce te słówka i struktury się ponownie pojawią, a wtedy mój mózg rozpozna je i być może przejdą po paru razach do pamięci długotrwałej i słownika czynnego


spis treści z Destination


Tak więc polecam Destination i dla uczniów, i dla nauczycieli.


Uczę się też z Keynote'a. Wybrałam poziom advanced, przeświadczona, że mój poziom jest coraz gorszy itd. Był to błąd; mogłam jednak mieć więcej wiary w siebie i sięgnąć po proficient. Zwłaszcza że zestaw książka + podręcznik do tanich nie należy. Advanced moim zdaniem jest dość łatwy. Tzn. na razie jestem w drugim unicie, ale pobieżnie kartkując dochodzę do takich właśnie wniosków. Słownictwo jeszcze mnie nie zaskoczyło - to co się pojawiło do tej pory, określiłabym na maksymalnie upper-intermediate. Gramatyka również bardzo prosta. 
Wybrałam Keynote'a, bo lubię TEDy, a dla niezorientowanych, cała seria Keynotów bazuje na różnych Tedach, po jednym w unicie (w zeszycie ćwiczeń znajdziecie też propozycje 4 innych tedów powiązanych tematycznie). Tak że poza sferą językową dochodzą też jakieś wartości kulturowe, można poszerzyć wiedzę itp, a to dla mnie zawsze był wyznacznik dobrego podręcznika. I to wszystko oparte na autentycznym materiale - duża przewaga nad tradycyjnymi książkami, gdzie listeningi były zwykle nienaturalne i wygładzone, a akcent jedyny słuszny, czyli RP. Poza tym zawsze lubiłam klimaty szkolne, a uczenie się z książki i ćwiczeń bardzo mi to przypomina i daje poczucie, że nawet niepostrzeżenie, ale jest jakiś postęp w mojej nauce. Omijam co prawda rzeczy, które mnie kompletnie nie interesują, a więc np. writing. Przykro mi bardzo, ale po napisaniu prac licencjackiej, a potem magisterskiej, po przebrnięciu przez studia, gdzie musiałam produkować niezliczone ilości esejów na różne bzdurne tematy, mam absolutny wstręt do pisania po angielsku. Pewnie znów się czegoś pozbawiam, ale mam to gdzieś. Nie będę pisać i już. 
Nie interesują mnie też prezentacje, których jest pełno. W każdym unicie jakaś, do tego inna w ćwiczeniach. Nic w tym dziwnego - książka jest adresowana między innymi do ludzi pracujących w międzynarodowym środowisku w różnych korpach, gdzie trzeba takie rzeczy umieć produkować. Ja nie muszę. Czytam co prawda co oni tam proponują, ale nie robię tego. 
Poza tym, że źle sobie dobrałam poziom,  z książki uczy się bardzo przyjemnie. Dobór tedów jest nieprzypadkowy i ciekawy, naprawdę zmuszają do zastanowienia, a jak kogoś nie zmuszają, to robią to odpowiednio dobrane ćwiczenia w warm-i follow- upach. Jest dużo ciekawych infografik, ale książka na szczęście nie jest przeładowana zdjęciami i obrazkami. Duży nacisk położono na wymowę, zwłaszcza cechy języka mówionego są często podkreślane i ćwiczone. Wszystko oscyluje wokół umiejętności praktycznych, również znienawidzony writing - nie ma więc esejów, ale są np. maile, instrukcje, język forów internetowych (!), kwestionariusze, protokoły - trochę nam to zahacza o angielski w biznesie, ale jest bardziej uniwersalne. 


spis treści z zeszytu ćwiczeń



Mam też poziom Intermediate i Elementary, oczywiście kupiłam je do uczenia kogoś, a nie siebie - również pozytywnie odbieram te levele, elementary jest fajny dla false beginnersów, a Intermediate poleciłabym do matury rozszerzonej - tzn elementy oczywiście, na pewno nie jako coś wiodącego. 







Ciekawa jestem, czy ktoś dobrnął ze mną aż tu. Nieważne - mam wenę; piszę dalej!


Już wspominałam, że jestem fanką MOOCów, robiłam je i na moodle, i na courserze, ostatnio lubię FutureLearn. Coursera jest najbardziej wymagająca - trzeba się sporo napocić, żeby to ukończyć w ogóle, już nie mówiąc o jakimś przyzwoitym wyniku. W porównaniu z nią FutureLearn to jakaś śmieszna błahostka. Uczę się z FL za to z większym luzem, nie jest to okupione żadnym cierpieniem ani poświęceniem całego wolnego czasu, co ma miejsce w przypadku coursery. Polecam szczególnie kursy kulturowe na FL, również dla Waszych uczniów na poziomie ok B1-B2 - bez problemu dadzą radę. Ja właśnie takie robię najczęściej. Wiedza z nich zdobyta posłuży mi do opracowania fajnych postów - taki jest przynajmniej ambitny plan. 
Te kursy to jedyny sposób, żeby zmusić mnie do napisania czegoś po angielsku - inaczej nie da się komunikować czy prowadzić dyskusji, a często są to warunki zaliczenia kursu. Tak że jak widzicie, umiem coś napisać, jeśli jestem przyparta do ściany. 
Cieszy mnie możliwość takiej nauki, poza sferą językową (tu wzbogacam głównie specyficzne dla różnych tematów słownictwo) rozwijam swoją wiedzę ogólną. Aktualnie robię kurs o British Empire, o czym informowałam Was na fb. Ale tematyka jest przebogata, jest mnóstwo kursów adresowanych dla nauczycieli, są też kursy językowe: widziałam hiszpański, chiński, włoski i duński. Czekam na rosyjski. Wszystko za darmo. 


teń śliczny notes z aliexpress jest skarbnicą wiedzy kulturowej z FL i źródłem pomysłow na jakiś milion kulturowych postów 


Ostatnia rzecz, którą robię w sprawie mojego angielskiego, to oglądanie seriali. W tym celu płacę ciężkie pieniądze (ok. 10 zł za miesiąc) za abonament na ororo. Włączam sobie serial i koniecznie angielskie napisy. Nie podchodzę do tego (nad)ambitnie - muszę oglądać seriale, zwłaszcza amerykańskie, z napisami - inaczej z przyjemności robi się kolejny znienawidzony obowiązek. Wiem, wiem - znów się czegoś pozbawiam. Trudno. Za to brytyjskie seriale wchodzą mi do głowy bez napisów. Dlatego włączam je, gdy robię jakieś nudne rzeczy typu gotowanie czy prasowanie i nie mam możliwości spojrzenia na subtitles. 

Czytać uwielbiam, ale tylko po polsku. Nie miałabym problemów ze zrozumieniem literatury po angielsku, w końcu czytałam na studiach, ale nie była to przyjemność. Kolejna szansa na fantastyczne bierne poszerzenie słownictwa i struktur przechodzi mi całkowicie z mojego wyboru koło nosa - no i co z tego. Czytam dużo artykułów, a książki do pracy to już właściwie tylko po angielsku. To nie to samo może, ale mnie wystarczy. A poza tym na półce mam kilkanaście książek po angielsku, które czekają na lepsze czasy :) Kiedyś je wszystkie przeczytam. 


kto obserwuje mojego insta, ten wie, że uwielbiam łączyć kropki! Gdyby to nie był blog o angielskim, napisałabym posta o kropkach, i byłby dłuższy niż ten dzisiejszy ;)
Jednak to zdjęcie nawiązuje do mojej wspomnianej półki z książkami po angielsku, a kropki są na półce wyżej. Ta jedna na zdjęciu jest nieformatowa i dlatego tu leży :)




Komentarze

  1. Znakomity wpis, prześlę link moim studentom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję, będzie mi bardzo miło :)

      Usuń
    2. Pozdrowienia od studentki ;)

      Usuń
  2. Czyli jednak Destination ;D
    Też muszę się zabrać za, na razie nadrabiam zaległości na ororo ;) FL muszę obczaić, teraz jeszcze kursy Edunation kończę.
    Ania załóżmy grupę wsparcia na Fejsie dla dokształcających sie nauczycieli , będziemy się nakręcać kto który rozdział już zrobił albo co już obejrzał na ororo .
    Super wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czemu nie widać tu nazwiska, Ada Nawrot z tej strony :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

RECOMMENDED FOR YOUR PLEASURE