Państwowa podstawówka gorsza niż więzienie





Od paru lat podczytuję pewnego bloga (w sumie nawet nie wiem czemu, bo z większością rzeczy się nie zgadzam - może właśnie dlatego. Choć pod paru postami podpisałabym się obiema rękami!!) i ostatnio zrobiło mi się tak przykro, że postanowiłam zareagować u siebie. Zwykle nie rusza mnie kompletnie hejt na nauczycieli, mam do tego wielki dystans, ale tym razem już się zbulwersowałam. Post na tamtym blogu nie jest pisany językiem nienawiści, nie ma tam obrzucania nauczycieli błotem, nie - wszystko z zachowaniem kultury. Jednak to już nie pierwszy wpis tego typu. Po raz kolejny Autorka przedstawia sprawę ze swojego, moim zdaniem kompletnie wypaczonego i uprzedzonego punktu widzenia. Chcę napisać, jak to wygląda z mojej perspektywy. Pani szerzy bzdury, a rzesza jej wyznawców jej przyklaskuje. Asekuruje się w tym tekście, że na pewno są normalne szkoły państwowe, ale ona takich nie spotkała, za to pełno jej znajomych pozmieniało dzieciom szkoły, „więc problem istnieje”.

Nauczyciel w szkole jest od tego, aby tłamsić dziecko. Na pewno nie od uczenia, a już nie daj Boże jak uczeń jest zdolny! Albo wręcz wybitny! Pamiętaj rodzicu, nauczyciel nie zrobi NIC, żeby pomóc Twojej pociesze rozwinąć skrzydła. W sumie to najlepiej mieć opinie z PPP, bo wtedy chcąc nie chcąc (w domyśle bardziej nie chcąc) nauczyciel musi dać cokolwiek z siebie. Właściwie to im wybitniejszy uczeń, tym gorzej, bo nauczyciel jeśli już realizuje materiał, to podaje go tylko pod takich jak i on pozbawionych ambicji średniaków. Ewentualnie poświęci nieco czasu dla tych z opinią, bo musi. Mądre dzieci się tylko w szkole zmarnują, nie wyniosą z niej nic wartościowego, a co gorsza takie znudzone, pozbawione zainteresowania łatwo wpadną w patologię, a tej w szkole jest pełno! Szkołą rządzi bowiem przemoc, jeśli nie ze strony rówieśników, to nauczycieli, którzy na siłę próbują dopasować wszystkich do jednego klucza, nie ma mowy o podmiotowym traktowaniu. Nie miejcie złudzeń. A wszystko to w tłumie uczniów. Mniej niż 30 dzieci w klasie? Zapomnijcie.

Rodzicu, Który Długo Pracujesz. To fatalnie. Bowiem Twoja latorośl musi spędzać czas na świetlicy, a tam jak wiadomo sodoma i gomora. Świetliczanki to siedzą tam za karę, każdy to wie. Jakieś zajęcia zorganizowane? Śmiech na sali. One tkwią przyklejone do biurka, piją kawkę, a dzieciarnia lata bez ładu i składu, jak już panie mają dość hałasu, to włączą im TV.

Późnym popołudniem, właściwie już o zmroku zaczynają się w szkole zajęcia dodatkowe, ale och czemu tak późno?? I dlaczego oferta tak uboga?? Kto ma to dziecko tam zawieść po raz drugi tego samego dnia? No bo przecież nie pójdzie samo, wszędzie czyha Niebezpieczeństwo. A poza tym to obciach chodzić na nogach. Ale w aucie też niedobrze, bo zestresowane szkołą ucznie wymiotują w drodze (jak w kilku postach napisała Pani). 

Twoje dziecko na bank w ciągu tych 8 lat zostanie a) pobite b) zmolestowane c) poddane wpływom używek. Możesz wpajać dziecku w domu zasady, ale wiedz, że patologiczna moc podstawówki jest silniejsza. Do tego państwówki nie wiedzą, co to monitoring, więc nie znajdziesz tego, który sprowadza Twoją progeniturę na złą drogę. Zapewne ukrywa się w jakimś ciemnym zakamarku wielkiego szkolnego placu.

Last but not least. Ten żenujący poziom nauczania... dzieci ledwo składają literki na koniec 1 klasy, ogólnie wybitne jednostki się nudzą cały dzień. 3 lata kaligrafii, kto by to wytrzymał? A poziom języków leży!

W ogóle nie wiem jak przy zdrowych zmysłach można posłać dziecko do państwowej podstawówki, narażając go na wszelkie zuo tego świata!!!




Tak to wyglądało w szkole, do której Autorka posłała dziecko. Z niektórych Waszych komentarzy na fb wynika, że Wy też pracujecie w takich szkołach (ale czy na pewno nie ma tam NIC dobrego?)

Mojej szkole daleko do idealnej. Leży w socjologicznie wątpliwie atrakcyjnym miejscu, jest szarobura i nie zachęca niestety do wejścia. Taka jest opinia moja, innych nauczycieli oraz rodziców. Ale w środku jest zupełnie inaczej. I właściwie nic się nie pokrywa z tym, co twierdzi Autorka.

Naprawdę ciężko jest pracować, gdy rodzice przychodzą z takim nastawieniem. A robimy co możemy, przynajmniej u mnie w pracy. Wiadomo, jak wszędzie są ludzie, którzy powinni być gdzie indziej. Ale większość naszego grona to są osoby pełne pasji i poświęcenia. Ja z ręką na sercu robię minimum, jeśli coś nie jest związane z nauką. Lubię czystą dydaktykę, cała pozostała działalność szkolna mogłaby dla mnie nie istnieć. Bycie wychowawcą nie było dla mnie karą, ale nie marzę, żeby się powtórzyło. Jednak wiem, co należy do moich obowiązków i nie pozwoliłabym sobie na dyletanctwo.

Powyższy obraz jest oczywiście przerysowany, ale bazowałam na zarzutach, jakie przedstawiła Autorka.
Doprawdy nie wiem, skąd wzięła info o klasach z 30 dzieci. Owszem, tak było, gdy ja zaczynałam SP.... w 1989. A i to przez 2 lata, bo potem zabrano nam 11 uczniów. W pracy w mojej osobistej klasie było 15 (!!!) uczniów. Przyznam szczerze, że ten rocznik był pod tym względem wyjątkowy, bo zwykle mamy 20-25 dzieci w klasie. Jak jest 30, to po prostu mamy dwie klasy po 15.

Idźmy dalej. Strasznie mnie wkurza programowe założenie, ze nauczyciel nie lubi ambitnych, wyróżniających się dzieci. Ja na takie zawsze czekam. Nie ma ich niestety zbyt wiele, zupełnie inaczej, niż uważa rzesza bezkrytycznie zakochanych w swoich dzieciach mamuś. To wcale nie muszą być uczniowie z piątkami z góry na dół na świadectwie. To są osoby, którym chce się myśleć, często niesztampowo. Ciekawie się z nimi rozmawia, mają jakieś przemyślenia własne. Takich uczniów zaprasza się na kółka, ja zawsze organizuję im dodatkowe ćwiczenia, które mogą robić w domu, na lekcjach pozwalam ominąć część banałów. Wiem, że nie wszyscy nauczyciele tak robią, ale nie uwierzę, że każdy odwraca oczy i woli iść w stronę przeciętniaków. NIE.

Świetlica. To miejsce, które u nas tętni życiem, ale rytm nadają mu nasze nauczycielki świetlicy, a nie bezładnie biegająca tłuszcza. Świetlica realizuje własny program, angażuje się w różne akcje, generalnie nie jest to przechowalnia czy poczekalnia na rodziców, jak można wysnuć ze słów Autorki. W życiu nie widziałam tam puszczonego filmu.

Zajęć dodatkowych mamy multum. Może nie są tak spektakularne, jak hiszpański czy robotyka, ale jest wszystko to, co na lekcjach w poszerzonym zakresie plus zajęcia "naprawcze". Jak trafia się projekt unijny, to mamy też zajęcia typu Naucz się uczyć czy inne bardziej wyrafinowane. W żadnym wypadku wieczorem czy po południu, nauczyciel też człowiek i o tej porze chce być u siebie w domu. Ja moje kółka miałam o 8 rano lub około południa, dopasowywałam się tak, aby uczniowie mieli zaraz po swoich lekcjach.

Bójki, używki, molestowanie. Nie ukrywajmy, istnieją jak wszędzie, gdzie jest większe skupisko nie do końca ukształtowanych osobowości. Tzn. o narkotykach u mnie w szkole nie słyszałam, a molestowanie jako takie też nie istniało, choć domyślam się, że pewne zachowania dorastających nieokrzesanych młodzieńców można by było podciągnąć pod tę definicję. Seksistowskie zachowania widziałam też w wykonaniu dziewczyn z jednej klasy, ale były one natychmiastowo ścigane i tępione przez nauczycieli.

Poziom nauczania. To jest jedyne, gdzie się zgodzę z Autorką. Ale to również nie wina nauczycieli, tylko systemu. Ciężko dotrzeć do każdego w 45 min. mając 20 uczniów w klasie. Zaprawdę powiadam Wam - robię co mogę, i wiem, że inni nauczyciele też. Indywidualizuję zadania, ich poziom itd. A z drugiej strony: tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Nie poszaleję poziomem w niektórych klasach. Są grupy całkiem fajne, a są też klasy zupełnie słabiutkie. Choćbym na rzęsach stanęła, nie pociągnę ich ponad program, bo oni ledwo realizują podstawę. Tak, wybitny uczeń może się tam nudzić. Ja zwykle dla tych zdolniejszych i/lub chętniejszych mam przygotowane dodatkowe prace. Jeśli nie są zdolnymi leniami, chętnie je robią.

Szkoła jak szkoła. Wydaje mi się, że jako nauczyciele robimy u nas wspaniałą robotę. Żeby w wiecznie niedofinansowanej rzeczywistości, obłożeni papierzyskami i coraz bardziej absurdalnymi wymaganiami niektórych rodziców dawać radę pchać to (ciągle z entuzjazmem) do przodu.



Komentarze

  1. Dzień dobry :)
    Również jestem nauczycielką i również denerwuje mnie obrzucanie nauczycieli błotem, ale trzeba sprawiedliwie oddać, że w niektórych podstawówkach sytuacja nie wygląda za ciekawie. Ale nie jest to wina tylko nauczycieli. To wina cudownej reformy, wina rodziców, którzy wymagają nie wiadomo czego, dzieci, które najzwyczajniej w świecie nie chcą się uczyć itd itd. Pracuję w szkołach językowych i nigdy nie zamierzam pójść do szkoły państwowej, ale podziwiam tych, którzy tam pracują. Trzeba mieć ogrom cierpliwości i umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Ciężko jest zapewnić warunki dla 20+ uczniów tak, aby każdy z nich skorzystał. Ale rodzice niestety tego nie widzą i nigdy nie będą widzieć, a zwłaszcza młodzi rodzice jedynaków. Podejrzewam, że sytuacja w Polsce niestety nigdy się nie zmieni (a przynajmniej nie na lepsze), więc niestety możemy tylko zaciskać zęby i robić swoje, wiedząc, że dajemy z siebie wszystko. I że na pewno będzie chociaż jeden uczeń, który doceni nasze starania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za ten tekst. Pracuję w małej szkole na wsi, gdzie jest kameralnie i bezpiecznie. Nasi rodzice to doceniają i gdy z powodów finansowych gmina chciała zlikwidować naszą szkołę, to stanęli za nami murem i przetrwaliśmy. Oczywiście, brakuje pieniędzy na wiele rzeczy i na pewno mogłoby być lepiej. Ale szkoły niepubliczne też mają swoje specyficzne problemy i czasem myślę, czy nie wychowują elit kompletnie oderwanych od rzeczywistości.
    A jeśli chodzi o wspomniany artykuł - prześlij autorce tamtego bloga linka do swojego tekstu. Bo najłatwiej jest krytykować, jak się stoi z boku i nic nie robi.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

RECOMMENDED FOR YOUR PLEASURE